Czarna otchłań…

Komnaty Xibalby – kilka słów o nurkowaniu jaskiniowym

Komnaty-Xibalby - nurkowanie jaskiniowe w Meksyku

Komnaty-Xibalby – nurkowanie jaskiniowe w Meksyku

Nurkowanie jaskiniowe w Sistema Sac Aktun (Aktun Hu & Nohoch Nach Chich historical sections): Cenote Pedrin Fenomeno, White River, Dreanor

Meksyk, Jukatan, Riviera Maya again… A więc Czarna Otchłań. Miałem dziś rano wyruszyć już do Gwatemali, ale propozycji ukoronowania trzeciej w tym roku sesji nurkowań jaskiniowych na Jukatanie wizytą w miejscu o tak mrocznej nazwie nie mogłem się oprzeć. Nie zapowiada się lekko – Czarna Otchłań to dość odległe miejsce i według naszych obliczeń, nurkowanie ze stage’ami nie będzie trwało krócej niż 130 minut. Jedziemy we trzech: ja i dwaj nowo poznani koledzy z Texasu. Twierdzą, że do Meksyku mają znacznie bliżej niż na Florydę, poza tym dużo, dużo bardziej podobają im się Cenoty i meksykańskie jaskinie, więc wpadają tu na weekendy średnio raz w miesiącu. Wszyscy mieliśmy wyśmienitych instruktorów jaskiniowych, chłopaki nurkują również technicznie na wrakach, jestem więc w doborowym towarzystwie.

Najpierw odwiedzamy Cenote Nohoch Nah Chich – serce najdłuższego niegdyś na Jukatanie systemu i dawny obiekt westchnień nurków jaskiniowych. Kiedy odnaleziono połączenie z Sistema Sac Aktun – Biała Jaskinia, jako dłuższa, wchłonęła Wielką Klatkę dla Ptaków. Na Jukatanie normalna kolej rzeczy w dobie Wielkich Odkryć Jaskiniowych ale Sac Aktun – dziś druga co do długości podwodna jaskinia świata, była w tym momencie dłuższa od Sistema Nohoch Nah Chich o zaledwie 14 kilometrów – ironia losu… Teraz przyjeżdżają tu głównie duże grupy turystów aby z platformy położonej na szczycie zbocza krasowego leja, zjechać po statycznej linie do wody. Tak czasem w życiu dziwnie się układa, a historia pamięta zwykle tylko imiona zwycięzców…

Płacimy za wjazd i pobieramy klucz do Cenote Dreanor, a następnie jedziemy krążownikiem Budgiego dalej i głębiej w las. Po drodze Budgie pokazuje nam wjazd do cenoty zamkniętej przez chłopaków z GIT pod jakiś „projekt GIT”. Parska, że próbowali tego z wieloma cenotami, nie spotkali się na szczęście ze zrozumieniem właścicieli terenów, więc ten kawałek selvy musieli chyba kupić. Szanuję chłopaków z GIT, ich system szkolenia i ich sposób pojmowania nurkowego świata. Myślę, że przynoszą wiele dobrego tak, więc mam nadzieję, że oprócz przejrzystego chwytu marketingowego, obliczonego na elitarność sprzedawanych szkoleń i elitarność miejsca, zrobią tam rzeczywiście coś wartościowego. Słyszałem, że ktoś gdzieś kiedyś w Polsce zamknął jakieś jezioro przed nurkami nie wyszkolonymi przez siebie, czy swoją organizację, pewnie zakładając, że odrobina zamieszania przyciągnie do tego miejsca tłumy. Nie wiem jak mu poszło, każdy orze jak może i uprawia taki marketing na jaki może sobie pozwolić. Mnie na szczęście nie interesuje nurkowanie w kałużach, żeby nie wiem jak „elitarny” wmawiano do nich dostęp, a na Jukatanie cenot jest tyle, że zamknięcie którejkolwiek to wręcz proszenie się, by wchodząc przez portal gdzie indziej, wynurzyć się w takim miejscu w samym środku pięknego jukatańskiego dnia 🙂

Cenote Dreanor leży w zagłębieniu dość sporego krasowego leja. Wokoło piękny, po prostu wspaniały meksykański las. Ptaki, motyle, moskity i …tavanos ;? Rozładowujemy samochód i spokojnie, metodycznie klarujemy nurkowy sprzęt, sprawdzając wszystko po kilkakroć. Wkręcam właśnie automat do twinsetu, gdy nagle słyszę znajomy dźwięk. Z niedowierzaniem spoglądam na swoje Poseidony – nie odkręciłem przecież zaworów, więc nie mogły jeszcze „zastartować”?! Zaskoczony rozglądam się dookoła. Jeden z moich amerykańskich kolegów odpalił właśnie zestaw swoich automatów. To para Xtream Poseidon! Uśmiecham się, wybrali nie tylko najlepszego instruktora… Odkręcam swoje zawory i po chwili moje Xtreamy grając jak niemiecka artyleria. „Ach ten dźwięk Poseidonów odpalanych o poranku” – tak uśmiechnięty Przewodnik, który najwyraźniej już nie raz nurkował z chłopakami kwituje moje zdziwienie.

Do cenoty jest kilkadziesiąt metrów, swój sprzęt nosimy zatem na raty. Po chwili, już w wodzie dokonujemy porównania ekwipunku. Niespodziewane podobieństwa w naszym nurkowym sprzęcie nie kończą się na Poseidonach, bo na nadgarstkach obu chłopaków widzę komputery X1. Naprawdę znalazłem się w doborowym towarzystwie. To chyba dzięki temu zupełnie nie czuję stresu idąc pierwszy raz do jaskini z nieznanymi wcześniej nurkami, a przed nami przecież conajmniej ponad dwie godziny nurkowania.

Już pierwsze metry jaskini w Cenote Dreanor odbierają mowę. Jest biało, jeszcze bardziej biało i masa sztukaterii. Czuję radość od pierwszych chwil i wiem już teraz, że to będzie niesamowite nurkowanie. Cenote Dreanor była jeszcze w ubiegłym roku częścią Sistema Aktun Hu, ale w styczniu 2011 Robbie Schmittner, serią restrykcyjnych tuneli połączył Aktun Hu z historyczną częścią Nohoch Nah Chich w Sistema Sac Aktun. W ten sposób oczywiście Sistema Aktun Hu przestał istnieć. Zastanawiam się czy ktoś połączy kiedyś Ox Bel Ha z Sac Aktun i jaką ten supersystem będzie miał ostatecznie nazwę – przez kilka ostatnich lat oba ścigały się, zmieniając prowadzenie czasem nawet dwa razy do roku. Niesamowita musi być taka eksploracja…

Tymczasem suniemy na stage’ach przez uderzający zmysły korytarz, by po ponad czterdziestu minutach przejść na gaz plecowy. Zauważam, że Przewodnik zmienia swój automat w tym samym co ja momencie – „Mam cię! :)” Wieziemy boczne butle jeszcze jakiś czas dalej, aż znajdujemy odpowiednie miejsce do deponowania i wymieniamy znak do zrzucenia stage’y. Robię to błyskawicznie i bez zatrzymania. Udaje mi się pozostawić butlę dokładnie w miejscu, które sobie upatrzyłem. Praktyka czyni mistrza.

Nurkujemy dalej, by po jakiejś godzinie od wejścia dotrzeć do kolejnej cenoty. Tutaj już roi się od strzałek, jakby całe olinowanie jaskinie ustawione było pod ludzi bez dobrego przygotowania… Pięć minut później wpływamy w gardło gigantycznej studni. Jedynie nocne niebo potrafi zaserwować tyle nieprzeniknionej czerni. LED Maxima bez trudu wyławia z ciemności przeciwległą ścianę. Studnia ma średnicę ponad 30-tu metrów i nawet w świetle mojej potężnej latarki jest czarna, doskonale czarna. To pewnie przełożyło się na jej zwyczajową nazwę. Spadamy w mrok, aby zaraz, na głębokości 15 m zatrzymać się na miękkiej poduszce z halokliny. Po chwili, trochę już wolniej, opadamy głębiej i głębiej. Czuję się całkiem pewnie w porównaniu z Blue Abyss. Na dnie studni oczy otwierają mi się tak szeroko, że ledwie mieszczą się w masce. To co widzę zapiera dech, a ilość tego co widzę i rozmiary każą poddać w wątpliwość moją zdolność do trzeźwej oceny rzeczywistości. Najwyraźniej zdrowo pokręcił mnie azot, więc nie będę dziś dalej tematu rozwijał. Na ten widok po prostu nie byłem nieprzygotowany. Może kiedyś mi się przypomni… 😉

Było w miarę głęboko. Mój komputer nurkowy dzielnie pokazuje deep stopy, a następnie kolejne przystanki dekompresyjne. Oglądając z bezpiecznej odległości dno studni, załapałem 25 minut dekompresji, będzie więc po drodze z czego się „wyspowiadać”. Komputer zgrabnie prowadzi mnie za rękę aż do 9-go metra, kiedy każe mi wynurzyć się płycej. Niestety nie mogę skorzystać z tej sugestii mając nad głową z osiem metrów skały, a do najbliższego miejsca, w którym mogę wypłycić dobrą godzinę drogi. Zasuwam więc dzielnie na 9-ciu metrach, a komputer nurkowy na zmianę robi się wesoły, to smutny 😉 Nasycony czernią Otchłani znów zanurzam zmysły w białym pięknie jaskini. W drodze do Dreanor udaje mi się zgubić 18 minut dekompresji. Grejt! 😉 W siedem minut wiszenia w absolutnym bezruchu i tak może wśliznąć się nuda, zwłaszcza gdy miejsca na zbiorową dekompresję niedużo. Na górze oba moje komputery pokazują mi zgodnie 131 minut – całkiem udane nurkowanie.

Na drugie nurkowanie jaskiniowe przenosimy się do White River. Dobre trzy tygodnie temu nurkowałem tu z Budgiem i z Przemkiem Głębockim. Bardzo dobrze pamiętam najpiękniejsze miejsca w jaskini i wspólnie przeżyte wrażenia. Mamy poza tym z tamtego nurkowania kilka naprawdę genialnych zdjęć. Ponieważ wjazd do White River jest relatywnie drogi, postanawiamy spróbować tylnego wejścia. Po drodze gubimy azot, wreszcie odnajdujemy Cenote Pedrin Fenomeno i szybko przystępujemy akcji. Cenote Fenomeno jest w „downstream” w stosunku do Cenote White River, trudno więc spodziewać się dobrej widoczności. Droga w jedną stronę powinna nam zająć jakieś 45 minut.

W zgranym szyku suniemy sporych rozmiarów korytarzem pod leciuteńki prąd. Nie widziałem tego odcinka, ale tak jak przewidywałem, jaskinia jest raczej ciemna, a wizura to żenujące 50 m. Z utęsknieniem wypatruję Szczęki – spektakularnej kombinacji stalaktytów i stalagmitów, zamkniętej z jednej strony. Stojąca w prostopadle do poręczówki, w centrum wielkiej komory, wygląda jak gigantyczna szczęka, która zaraz może się zamknąć na nieroztropnym nurku 😉 Powracają wspomnienia, gdy moja LED Maxima wyławia ją z ciemności. Stąd już tylko o krok do nieoznakowanego jumpa, prowadzącego na dolny pokład jaskini, do Komory Mastodonta. Zdekompletowany szkielet małego mastodonta znajduje się już pod halokliną. Jego sarkofag przypomina zatem białą, romańską kaplicę. Nie mam pojęcia jak mały mógł tu trafić albo co mogło być wystarczająco duże, że aż tu go przywlokło. Nie rozwikłam teraz tragedii sprzed kilkunastu tysięcy lat. To dziwne, ale żal mi go.

W pobliżu Cenote White River zalegają już kompletne ciemności. Suniemy nad potężnymi hałdami czarnego mungu, a wkoło roi się od gigantycznych bagrów. Wynurzamy się w samym środku grupy rozkrzyczanej snorklerek. Dziewczyny piszczą z podniecenia, zaskoczone nagłym pojawieniem się nurków. Wyskakując na powierzchnię wśród turystek nieświadomych istnienia rozległej sieci podziemnych korytarzy, łączących cenoty ze sobą, wyglądamy dla nich pewnie niczym goście z całkiem innej planety. „Cześć dziewczyny, przysyła nas Chaac. Przybywamy z Xibalby, jaka szkoda, że musimy już spadać…” – na szczęście włoszki chyba nie zrozumiały tego co powiedziałem. Majowie mieli rację… Ponownie nasuwa mi się skojarzenie cenot z portalami.

Wyskakując na powrót z poprzedniego portala, wynurzamy się pod lekko zachmurzonym niebem. Pod naszą nieobecność „w tym świecie” padał deszcz. Powietrze jest przyjemniejsze, więc Chaac był tak łaskawy… Kiedy wracamy, mknąc w stronę Tulum drogą 307, potężny promień światła przebija się przez czarną kurtynę chmur. Gdzieś tam za ich zasłoną Kinich Ahau zniknie za chwilę w podziemiach, bo promień jego światła przechodząc przez kurtynę, przebija się rozłożyście w górę w pożegnalnym geście, wspaniale rozświetlając całą górną część ka’an. W blasku korony ognia dobiega końca kolejny niesamowity dzień na Riviera Maya.