Szwajcarski syfon

Komnaty Xibalby – kilka słów o nurkowaniu jaskiniowym

Komnaty-Xibalby - nurkowanie jaskiniowe w Meksyku

Komnaty-Xibalby – nurkowanie jaskiniowe w Meksyku

Nurkowanie jaskiniowe w Sistema Ox Bel Ha (Naranjal historical section): Cenote Jailhouse, Swiss Siphon, Cenote of the Sun, The Lost Cenote

Meksyk, Jukatan i Tulum na Riviera Maya… Dziś Ruta 307 prowadzi nas znów na południe od Tulum. To ostatni dzień moich planowanych nurkowań jaskiniowych w tej serii. Na zakończenie miało być coś lekkiego, ale jednocześnie pozostawiającego mocne wspomnienia. Wybrałem Sacbe Ha – piękną jaskinię, jednakże położoną na uboczu strumienia przepływu wód w stronę Morza Karaibskiego. Nurkowanie jaskiniowe w Sacbe Ha wymaga z tego powodu sporego doświadczenia, ze względu na ogromne ilości osadu zalegającego podłogę. Podjeżdżamy po klucz, jednak dowiadujemy się, że w jaskini są już cztery osoby, w tym jej odkrywca – Nadia Berni, która niechybnie uzupełnia tam kartografię. Cztery osoby w Sacbe Ha to niestety tłum, macham ręką, proponując coś w okolicach Mayan Blue. Wspominam z lubością nurkowania w Hostage Hall i Death Arrow Passage najpierw z Marco Wagnerem oraz Jurkiem Sieczkowskim, później z Budgiem i Przemkiem Głębockim. Budgie kiwa głową w zamyśleniu, a w chwilę potem uśmiecha się szeroko otwierając oczy: „Zabiorę cię do Jailhouse!”. Słyszałem coś o tym miejscu ale nie mogę sobie przypomnieć. Zgadzam się bez namysłu i jedziemy do innej mayańskiej chałupy w Ejido po inny zestaw kluczy. Tu wita nas bulterier przywiązany na dachu. Z nieprzyciętymi uszami wygląda niczym goblin, lub młodszy brat Mistrza Yody. Tak więc na południe…

Wjeżdżamy w selvę przez bramę przy Mayan Blue, jednak tym razem droga wiedzie nas jeszcze dalej. Po jakimś czasie kolejna brama i mijamy położoną w samym środku lasu niewielką mayańską farmę. Zatrzymujemy auto przy Cenote Jailhouse. Znam paru takich, którzy czuli by się tutaj jak w raju, bo to prawie kałuża 😉 Budgie stwierdza, że nikogo nie było tutaj przed nami od tygodni, bo woda jest czysta, mamy więc szansę na wejście w widoczności nieco większej od zera. Zaczyna podobać mi się myśl, że to takie porzucone miejsce…

Cenote Jailhouse to „downstreamowa” część dawnego Sistema Naranjal. Można dopłynąć tutaj z Cenote Naharon, leżącej tuż po drugiej stronie drogi 307. Takie nurkowanie jaskiniowe trwałoby jakieś 3 godziny, a po drodze mijałoby się Cenote Mayan Blue i wiele innych, mniejszych cenot na trasie. Któregoś dnia to zrobię ;). Podziemne rzeki tłoczą tędy wody, zbierające po drodze szczątki z wszystkich cenot po drodze dalej w dół gigantycznego supersystemu Ox Bel Ha, trudno zatem spodziewać się oszałamiającej widoczności. Jednak podobno w Jailhouse jest co oglądać… Przez dłuższą chwilę Budgie przygląda się mapie, wreszcie zacierając ręce wskazuje na głębszy korytarz, przechodzący na odległym końcu w sidemountowy tunelik. „Tutaj!” – Swiss Siphon. Kiwam głową, przyglądając się trasie i zabieram zaraz za klarowanie sidemounta.

Nadszedł czas by napisać parę słów o Budgiem – prawdziwym bohaterze tych kilku historii. Eric Budgie Burgess zdobył swój pierwszy nurkowy certyfikat w wieku lat 17-tu w …Royal Navy. Od tego czasu nurkował praktycznie codziennie przez kolejne trzydzieści parę lat w …Royal Navy, a następnie przeprowadził się do Meksyku i od jakichś 10-ciu lat nurkuje w jaskiniach, w okolicach Tulum. Jeżeli kiedykolwiek traficie do Tulum i będziecie potrzebować naprawdę dobrego przewodnika, wiecie kogo szukać.

Dno płytkiej sadzawki Cenote Jailhouse ma muliste podłoże. Pomimo starań natychmiast psujemy sobie widoczność, więc przez płytką szczelinę ograniczoną z góry skałą, a z dołu przez tony mungu – czarnego organicznego osadu, przeciskamy się już przy prawie przy zerowej wizurze. Prawie, bo LED Maxima Ammonite’a w ręce robi jednak różnicę.

Jak było do przewidzenia, „downstreamowa” jaskinia jest ciemnobrązowa. Pierwsza komora przypomina mi katakumby i naraz w moim mózgu coś wskakuje wreszcie na swoje miejsce – przypominam sobie co słyszałem o Jailhouse. To właśnie tutaj pewien nurek jaskiniowy odkrył jeden z kilku datowanych na grubo ponad 10.000 lat ludzkich szkieletów – Staruszkę z Muknal! Ludzkich szczątek w jaskiniach Jukatanu jest naprawdę mnóstwo. Najsłynniejsze z nich – szkielet Eve of Naharon, a zarazem najstarsze szczątki ludzkie odnalezione do tej pory na zachodniej półkuli, odkryte zostały również przez pewnego nurka jaskiniowego w tym samym systemie. Później nurkowie jaskiniowi pozwolili aby Eve of Naharon oraz kilka innych ludzkich szkieletów …odkrył i okrył się sławą pewien znany pan, nazywany później Rolexem z racji zegarka jaki dostał w nagrodę za swoje „odkrycia”. Jak każdy medal tak i ten ma dwie strony. Awers: szkielet Eve of Naharon wprowadził naukowy świat w konsternację, uderzając w przyjęty kalendarz migracji ludzkiej na tereny Ameryk, ustalony porządek rzeczy (tzw. teorię Clovis). Rewers: Liczący sobie aż 13 600 lat szkielet Eve wylądował w przepastnych magazynach INAH, a w jaskini gdzie spoczywała, wydawałoby się na wieczność, nie ma po dziś dzień choćby jego repliki. Podobnie stało się ze szkieletem chłopca w Cenote Chan Hol i podobno od tej pory nurkowie jaskiniowi nie informują już nikogo o swoich znaleziskach, a większość artefaktów czy kości, znalezionych w jaskiniach …spokojnie leży sobie dalej w jaskiniach na końcu nieoznakowanych jumpów.

Do najciekawszych czy najbardziej wrażliwych miejsc w meksykańskich Cenotach prowadzą zawsze nieoznakowane jumpy. O niesamowitych znaleziskach lub niekompletnej pracy „odkrywców” słyszałem już zresztą dobrych kilka historii. Traci na tym nasza wiedza na temat przeszłoścu człowieka i historii Ameryk, ale do podobnie smutnych wniosków doszedłem w Muzeum Antropologii w Merida, widząc dziesiątki „trofeów” (a ile jeszcze zalega ich w piwnicach) wyszabrowanych z ruin, które przez kilka ostatnich lat udało mi się odwiedzić.

Droga zaczyna się od T – skrzyżowania, na którym zaraz skręcamy w lewo. Tu wpływamy w druzgocąco pięknie zbudowany korytarz, usiany tak gęsto smukłymi, ciemnymi stalagnatami, że wyglądają niczym grube, pordzewiałe pręty krat – JAILHOUSE! Tak, niewątpliwie jest tu co oglądać. Na myśl przychodzą mi różne mało przyjemne miejsca, które znam z barwnych opisów książkowych jak Otchłań Łajna z „Widmowego Jacka” Rogera Żelaznego, czy więzienna planeta Ne’tu z serii „Stargate”, światy bólu i rozkładu, znajdujące się zawsze gdzieś na samym „dole” Wszechświata. Robimy jumpa w dół, na głębokość dwudziestu paru metrów i tutaj krajobraz się zmienia. Korytarz wije się jakby sam chciał przecisnąć się między uwierającymi go prętami, jednak pod halokliną pręty krat są jasne i mają inną fakturę. Robimy jumpa w nieoznakowanym miejscu i za chwilę wpływamy do Swiss Siphon – sam nigdy bym go nie znalazł, a miejsce robi tak oszołamiające wrażenie, że prawie przegryzam Poseidona w ustach. Jest tu sporo bardziej wyszukanych formacji krasowych jak złożone, wijące się spiralnie stalagmity, poskręcane stalaktyty i draperie naciekowe, a wszystko grubo pokryte grubą warstwą naciekowej polewy, niczym słodkim lukrem. Wiem już kogo sprowadzę tutaj następnym razem, bo to idealny korytarz do zdjęć 🙂

Zawracamy z naprawdę dużym zapasem przed zaciskiem i ciągnącym się dalej wąziutkim tunelem, który ze względu na ilość zalegającego dno osadu nadaje się wyłącznie do eksploracji w pojedynkę. Prowadząca do Cenote Jailhouse szczelina jest już w całości wypełniona czarną zawiesiną, a gdy zbliżam się do wyjścia z jaskini uspokajająco żółte cyferki na wyświetlaczu mojego X1, przytkniętym prawie do maski, to jedyne co widzę przechodząc kilkunastominutową dekompresję.

Przy wychodzeniu z Cenote Jailhouse musicie bardzo uważać. Rosnące tuż przy brzegu drzewo, które po prostu aż prosi się by się na nim podciągnąć to groźne Che’ Chen, z plamami czarnej, oleistej trucizny. Drzewo Che’ Chen (Metopium browneii) to często spotykany gatunek wzdłuż całego Riviera Maya, sporo ich rośnie w pobliżu cenot, warto więc szybko nauczyć się je odróżniać.

Planowaliśmy drugie nurkowanie jaskiniowe w Muknal Remote Siphon ale Budgie przypomina sobie nagle coś z czasów swoich pierwszych eksploracji tej części Ox Bel Ha i szybko pakujemy sprzęt na samochód. Jedziemy w skafandrach. Po drodze Budgie zwalnia uważnie rozglądając się wśród drzew. Wreszcie odnajduje to czego szukał i udajemy się na spacer przez dżunglę. Po kilku minutach odnajdujemy niewielką dziurę wśród skał – Cenote of the Sun. Potraficie sobie wyobrazić jakie to uczucie znaleźć w środku selvy takie zapomniane, nie używane pewnie dawno przez nikogo wejście do jaskini? Dalekie to od prawdy ale w tym momencie czuję się prawie jak eksplorator. Zdumiewa mnie jak wiele Budgie wie o tych stronach i cieszy, że mam tak dobrego przewodnika. Wszystkie kamienie i ześlizgujące się do wody korzenie są tu cholernie śliskie, a miejsca jest tyle, że będziemy musieli wchodzić do jaskini pojedynczo. Na szczęście sidemount można kompletować już w wodzie, uprzednio pozostawiając w bezpiecznych miejscach przygotowane stage – tak jest wygodniej również ze względu na wagę targanego sprzętu i tak to w zasadzie się odbywa w jaskiniach. Wejście do cenoty w tych warunkach z twinsetem wydaje się niemożliwe, a co najmniej byłoby bardzo mocnym proszeniem się o połamanie rąk i nóg.

Jaskinia jest ciemna, to również „downstream” dawnego Sistema Naranjal i całkiem blisko Hostage Hall, a więc i Cenote Maya Ka’a i dalej Mayan Blue. Dno zalegają hałdy osadu i głównie jest to mung. Robimy dwa jumpy i dość szybko docieramy do The Lost Cenote. To kolejna wąska szczelina o podłożu na kilkanaście centymetrów pokrytym mungiem. Budgie wiąże szpulkę do końca poręczówki i wręcza mi ją wskazując lustro wody. No tak, czego bym nie umiał, tutaj muszę czołgać się przez mung, więc za chwilę wizura w cenocie spadnie nieuchronnie do zera. Wynurzam się dosłownie na chwilę, bo jakoś nie czuję przyjemności taplania się w tej brei i po omacku wracam na główną linę, gdzie przejaśnia się na tyle, że LED Maxima wyławia z pośród pływających szczątek sylwetkę Budgiego. Punkt powrotu i prowadzę do ostatniego jumpa, tutaj jednak niemałe zaskoczenie – Budgie zmienia plan wskazując inny korytarz… Przygryzam Poseidona. Gazu rzeczywiście mamy pod dostatkiem, starczy na co najmniej jeszcze jeden taki rajd ale zastanawiam się czy trafiłbym w razie czego później sam do domu… Dotychczasowa trasa siedzi dzielnie w pamięci, może nadszedł więc czas aby zrobić krok dalej? Budgie zakłada tuż „za zakrętem” kolejnego jumpa, a ja staram się usilnie zapamiętać trasę. Zapadają „ciemności” – widoczność sięga tu już ledwie kilkunastu metrów. Wracamy na główną linę i zaraz robimy kolejnego jumpa w jakimś innym miejscu. Jest ciemno, wszędzie pełno osadu, a gdzieniegdzie korzeni. Zupełnie jakbyśmy się znajdowali w jelitach jakiegoś olbrzymiego stwora. W końcu na szczycie gigantycznej hałdy mungu dopływamy do końca liny. Przez kilka minut rozglądamy się za możliwymi kolejnymi jumpami ale nie znajdujemy nic. Chyba nawet oddycham trochę z ulgą kiedy zawracamy …zwłaszcza, że udaje mi się bezbłędnie odnaleźć drogę do domu.

Wieczorem rozmawiamy w knajpie przy piwie o jaskiniach, przeszłych i przyszłych nurkowaniach, życiu w Tulum i nie tylko. Budgie przedstawia mnie w towarzystwie – jest tu wielu aktywnych i nieaktywnych weteranów nurkowania w jaskiniach. Nurkowanie jaskiniowe ma specyficzny klimat słyszę, więc kilka ciekawych opowieści. Cieszę się na wspólnie spędzony czas, układamy też plany na bliżej nieokreśloną przyszłość. Budgie żali się, że kiedy był ostatnio w Anglii miał problemy z dogadaniem się po angielsku, bo cała ulica mówi już po polsku… Ja żalę się na zew Przygody, który znowu wzywa mnie w lasy deszczowe Gwatemali, ktoś śmieje się, że miałem tam przecież pojechać już dobry tydzień temu. Kiedy sączę kolejną butelkę z solą i limonką słyszę jak ktoś konfidencjonalnie szepce mi koło ucha: „Wiesz, jutro przyjeżdża do mnie dwóch Amerykanów. To doświadczeni goście i mam zabrać ich do Czarnej Otchłani, może chciałbyś zabrać się z nami?” W okamgnieniu sztywnieję, a impulsy podniecenia spływają mi wzdłuż kręgosłupa, na przemian zimnym i gorącym dreszczem. Czarna Otchłań?! Czy chciałbym?! Na Chaaca, jasne, że tak!!!