Symbol wyryty w skale…

Komnaty Xibalby – kilka słów o nurkowaniu jaskiniowym

Komnaty-Xibalby - nurkowanie jaskiniowe w Meksyku

Komnaty-Xibalby – nurkowanie jaskiniowe w Meksyku, opowieść w odcinkach

Nurkowanie jaskiniowe w Sistema Ka’p’el Nah (Dos Pisos): Cenote Jaaleb, Cenote  Báalam, Cenote Soots’

Meksyk, Jukatan i Riviera Maya… Tym razem droga wiedzie nas na południe od Tulum. Po kilkunastu kilometrach skręcamy z 307, łączącej Cancun z Chetumal na teren średniej wielkości rancho. Płacę za wjazd i po przekroczeniu kilku kolejnych bram oddzielających stada bydła od wylęgarni ryb, zagłębiamy się w selvie. Po jakimś czasie dojeżdżamy do ogromnej polany. W pierwszej chwili myślę, że to fragment gruntu przygotowany pod uprawę ale po bliższej inwestygacji polana okazuje się ogromnym lejem krasowym. Budgie pokazuje mi ścieżkę do Cenote Jaaleb. Jaaleb to majańska nazwa paki nizinnej, średniej wielkości gryzonia z białymi plamkami na futrerku, podobnego nieco do świnki morskiej. Inna popularna nazwa tego stworzonka brzmi Tepezcuintle i taj podobno oryginalnie nazwano tą cenotęm choć dziś najczęściej określa się ją jako Dos Pisos Sur. W Cenote Janaleb rozpoczniemy dzisiejsze pierwsze nurkowanie jaskiniowe. Jej werteb jest początkiem długiego uwału, niknącego wśród drzew. Interesujące – wszędzie dookoła powinny być jaskinie. Tymczasem planujemy długi trawers do odległej Cenote Báalam, a następnie zejście do drugiego poziomu jaskini, ale najpierw chcemy sprawdzić jak to wygląda tam na drugim końcu. Sistema Ka’p’el Nah – jak sama nazwa wskazuje ma dwa piętra, a zejście do głębszego znajduje się właśnie w okolicach Cenote Báalam, znanej również jako Dos Pisos Norte.

Długi spacer przez las, kilka płotów z kolczastego drutu po drodze – ciężko będzie targać tędy twinsety i stage. Rozglądam się po drzewach wypatrując ptaków, termitier i epifitów. Jest tu sporo zwłaszcza tych ostatnich: małych, wszędobylskich krzaczków tilandezji, orchidei bananowych o pękatych, przypominających właśnie banany kłączach, wężokaktusów wślizgujących się po pniach, by rozłożyć się na gałęziach gdzieś bliżej Słońca. Do tego bastard trees  – złowieszcze drzewa-pasożyty, które z małej siewki na wysokiej gałęzi rozrastają się niczym ośmiornica, opuszczając korzenie w dół, a gałęzie w górę, by po jakichś 200-tu latach całkiem zadławić żywiciela, przeobrażając się w samodzielne drzewo oraz liczne gatunki figowców, którym wszystko jedno czy rosną w gruncie, na kamieniu czy na innym drzewie. Wszystko rośnie tutaj na wszystkim. Uwielbiam tą piętrowość lasów zwrotnikowych. Po drodze dociera do mnie, że penetracja dolnego piętra jaskini przestaje być wyprawą na jeden dzień i będzie wymagała wynajęcia „sherpów”. I dobrze…

…bo nagle wyzierające z pod leśnej ściółki kamienie zaczynają układać się w regularny wzór. Zatrzymuje mnie to w pół kroku, zmuszając do uważnego rozejrzenia się dookoła. Powszechnie lansuje się przekonanie, że Majowie nie budowali murów obronnych, a wszystkie odbiegające od tej reguły wyjątki: postklasycznie ufortyfikowane Zama, Ichpaátun i Ek-Balam, fosa wokół Edzná, czy wreszcie całe łańcuchy umocnień pomiędzy wiecznie wojującymi ze sobą Yaxchilan i Piedras Negras w lasach Lakandon, wskazywane są właśnie jako wyjątki. Czy właśnie spoglądam teraz na zapomniany w meksykańskiej selvie, kolejny z takich wyjątków? Murek usypany z nieociosanych kamieni równie dobrze mógłby oznaczać granicę kolonialnej plantacji ale z tego co wiem o Tulum, od czasów Konkwisty nie było tu nic. Juan Darrayegosa wzmiankował Zama i Muyil w 1579, a moi ulubieńcy: John Lloyd Stephens i Frederick Catherwood dotarli w 1842 tylko do malowniczych ruin Zama, potem było indiańskie powstanie, które na 50 lat dało wolność Jukatanowi. Drzewa dookoła wydają się stare ale dżungli wystarczy kilkadziesiąt lat by pochłonąć dowolny budynek. Wkrótce przekraczamy kolejne pozostałości po muru, a potem jeszcze jeden… wciąż szukamy tej drugiej cenoty.

Mijamy kilka ślepo zakończonych, niewielkich wertebów, a po pokonaniu dobrze ponad kilometra docieramy wreszcie do Cenote Báalam. Tu, pod skalnym nawisem, odnajdujemy obóz eksploratorów systemu Ka’p’el Nah. Kilka zgrabnie skleconych ław, palenisko i aluminiowy gar do gotowania porzucony wśród skał. Cenota jest obok, po lewej stronie, również schowana za wielkim głazem, potężnym drzewem i pod skalnym nawisem… Nagle mój wzrok zatrzymuje się na kawałku ściany skrytej pod ażurową kotarą korzeni. Rozsuwam cienkie witki i moim oczom ukazuje się znak wyryty w wapieniu. Petroglif? Kształtem nie przypomina typowych glifów Majów znanych ze stell i czterech zachowanych kodeksów. Ale porośnięty tym wszystkim co przez lata nadaje kolor skałom nie wygląda też na nowy, np. pozostawiony w tym miejscu przez odkrywców systemu. Kto tu był? Gunnar Wagner – jeden z pionierów eksploracji jaskiń na Jukatanie i zarazem wujek Marco Wagnera – mojego instruktora jaskiniowego oraz Robbie Schmittner. Po powrocie do cywilizacji muszę wykonać telefon. Przy sobie nie mam nic aby udokumentować zagadkę ale Budgie proponuje przytarganie tu swojego aparatu pod wodą.

Szybko wracamy do samochodu i klarujemy ekwipunek. Pierwsze ~70m od wejścia do jaskini to bardzo płytki korytarz. Idealny do praktyki technik niezmącania w sidemouncie. Przez ostatnie tygodnie codziennie pada co jest nietypowe jak na tą porę roku. Zasuwamy więc pod nietypowy jak na Jukatan, całkiem mocny prąd. Budgie jest niższy lecz znacznie mocniej zbudowany ode mnie. Do tego, mimo bliskiej ongiś znajomości z twórcami takich systemów jak GUE czy IDA ma całkowicie „wywalone” na tzw. techniczną pozycję z czego lubi się zresztą w rozmowach przy piwie nabijać. Ja poprawny trym traktuję jak religię, ćwicząc od lat na każdym nurkowaniu i w każdej konfiguracji. Wydaje mi się, że moja pozycja pod wodą bliska jest ideału do tego, nie chwaląc się, wyhodowałem sobie całkiem mocne nogi, jednak zasuwając pod wiatr ledwo co jestem w stanie dotrzymać staruszkowi kroku, a on jeszcze targa z sobą aparat…

Ka’p’el Nah (Dos Pisos) to przepiękna jaskinia. Suniemy przez jasne korytarze o podobnych historycznej sekcji Sac Aktun (ma’aya taan: Biała Jaskinia) zdobieniach. Jednak tu jest inaczej, bowiem trudno dostępna jaskinia jest praktycznie nietknięta, a korytarze mają znacznie większy przekrój niż okolice Gran Cenote w Sistema Sac Aktun. W najpotężniejszych pieczarach Ka’p’el Nah, gigantyczne stalagnaty, przypominające atlantów podpierających sklepienie albo mayańskich Bacabob utrzymujących nieboskłon, mają chyba po kilkanaście metrów! To niesamowity i zasługujący na upamiętnienie widok.

Po czterdziestu minutach mieliśmy dopłynąć do T – skrzyżowania, od którego jedna z poręczówek miała doprowadzić nas do Cenote Báalam. Mój komputer nurkowy bezlitośnie wyświetla już 45 minut, podłogę jaskini od dawna zaściela mung – czarny, organiczny miał wskazujący bliskość cenoty, podobnie jak bagry – Rhamdia guatemalensis, a tymczasem skrzyżowania jak niebyło tak nie ma. Zaciskam zęby na ustniku Poseidona, gazu niby mam pod dostatkiem, nie czuję również zmęczenia, jednak wolę, kiedy wszystko układa się zgodnie z planem, szczególnie tak daleko od wejścia do jaskini. Rozumiecie mnie trochę, prawda? Mój instruktor jaskiniowy powtarza, że po pięćdziesięciu minutach pod wodą koncentracja spada nieuchronnie, zwiększając ryzyko popełnienia błędu. Zaczynam coraz częściej spoglądać na manometr. W pięćdziesiątej minucie docieramy na rozstaje, teraz czas na dwie strzałki, komunikujące, że cenota jest już niedaleko. Nie ma…, nie ma…, nie ma… Są! Cenota powinna być blisko, jednak gdy po drodze korytarz zaczyna opadać w dół, a zamiast dwóch upływa kolejne dziesięć minut upss… umysł zaczyna płatać mi figle. Na szczęście nie ma to wpływu na to co robię, nie wpływa też negatywnie na konsumpcję powietrza. Po swojej stronie mam najlepsze wyszkolenie i starannie dobrany i sprawdzony sprzęt: automaty Xstream Poseidon, potężny reflektor LED Maxima Ammonite System z największym dostępnym akumulatorem, komputer nurkowy X1 Liquidvision, który jako jedyny nie zawiódł podczas bicia rekordu na obiegu zamkniętym na 283 m… Wymieniać mógłbym długo do najdrobniejszych szczegółów, a do 1/3 ciągle jeszcze daleko.

Wreszcie korytarz rozszerza się otwierając na szerokie okno Cenote Báalam. Po prawej stronie dostrzegam linę biegnącą ostro w dół, na dolne piętro jaskini, jednak teraz zastygam w bezruchu, jak zawsze oczarowany widokiem rozmytych przez pryzmat lustra wody, drzew. Przypomina mi się legenda o tym jak po jednym z ekploracyjnych nurkowań Robbie Schmittner wynurzył się w cenocie w środku selvy wprost naprzeciw pijącego wodę jaguara. Naraz dociera do mnie, że Báalam to jaguar, więc Cenote Báalam – to może być właśnie ta cenota. Wyskakuję przez portal śmiejąc się na głos. Cenote Jaaleb i Cenote Báalam łączy pod wodą 1125 m poręczówki, a ja zrobiłem to na mniej niż 1/3 gazu z dwóch 11-tek! Sidemount czy doświadczenie? Pewnie po troszę jednego i drugiego tak więc wychodzi na to, że mniejszy profil sidemounta i kolejne dwa tygodnie w jaskiniach zwiększyły mój zasięg dwukrotnie.

Odpinam stage i szybko wspinam się po śliskich skałach. Nie wszystkie są stabilne, a głupio byłoby złamać sobie nogę gdzieś w środku selvy, tak daleko od cywilizacji. Odnajduję obóz, a potem moją „runę”. Podwodny aparat nie jest tu ideałem ale dzięki Budgiemu będę miał cokolwiek. Potem zamykam oczy i chłonę zapach lasu, i chłonę… i chłonę… i chłonę…

Prowadzę w drugą stronę. Droga z prądem zajmuje nam znacznie krócej. Z radością odnajduję komorę z gigantycznymi stalagnatami, a potem stalagmit w kształcie głowy słonia.

Mam sporo czasu by nasycić się pięknem jaskini. Potem zmieniamy butle i wracamy poćwiczyć nawigację z jumpami i żonglerkę butlami w wąskich korytarzach i pętlach w pobliżu Cenote Jaaleb. Na koniec wpływamy do jej czarownego syfonu (eng. downstream). Jest tu sporo czarnego, organicznego osadu, a ze ścian i sklepienia co rusz wyrastają korzenie ale woda jest cudownie przejrzysta. Warstwa gleby na Jukatanie średnio ma 15 cm – nic więc dziwnego, że po to by dobrać się do ożywczej wody, drzewa przebijają korzeniami skałę. Przestaję dostrzegać bagry i zaczynam myśleć, że nie jestem pod wodą, a w zaczarowanym lesie. Czuję się jakby tuż za zakrętem miał czekać na mnie Hern – Pan Drzew z jelenimi rogami na głowie. Wynurzamy się na chwilę w Cenote Zooz (maaya taan: Nietoperz) – pełno tu małych latających diabełków. Kolejny piękny dzień…

Wieczorem zakładam buty, a gdy czuję buty na nogach, dostaję piątej prędkości kosmicznej. Muszę to tutaj raz na zawsze wyjaśnić, że kiedy piszę buty mam na myśli buty – nie jakieś metroseksualne „shoesy” tylko prawdziwe buty takie, które zaprowadzą mnie do domu przez bagno i przez pustynię, którymi można otworzyć drzwi albo zamknąć głupią dyskusję, gdy zabłądzi się w niewłaściwą uliczkę. Nie tylko pod wodą lubię używać najlepszego sprzętu, a któż da mi lepszą rekomendację na niezawodny, a do tego wygodny ekwipunek do wędrówek w tropiki niż tysiące amerykańskich marines? 😉 Buty niosą mnie więc przez Tulum ku najlepszemu guacamole z quesadillas, a znalezisko w lesie nie opuszcza mych myśli. Zachwycam się wspomnieniami z jaskini Ka’p’el Nah i kolejnymi, rozwijającymi nurkowaniami. Utwierdziłem się w przekonaniu, że mogę dziś znacznie więcej dzięki konsekwencji w treningu, nabieraniu doświadczenia i stopniowemu poszerzaniu swoich możliwości. Czas aby dodać coś więcej…

Spoglądam tęsknie w dal, pełną nocnych świateł, meksykańskich neonów i długich, dwuczęściowych ciężarówek sunących przez Tulum. Na niebie jarzy się mój gwiazdozbiór – Orion, a moje myśli biegną ku ukochanym oczom skrzącym się w błękicie kolejnego rozdziału… – The Blue Abyss!